Refleksje Pana Darka – Relacja z wyprawy nad Narew

narew

Rok temu, w jeden z pięknych lipcowych dni wyruszyłem z moim sprzętem powędkować nad rzekę Narew, powyżej Pułtuska. Dotarłem na miejsce dosyć późno, bo około południa, toteż nie było potrzeby spieszyć się z zarzuceniem kija.  Na domiar złego  pobliskie łowiska zamieniły się w huczące kąpieliska dla młodzieży. Usadowiłem się więc przy spokojnym odcinku rzeki, gdzie woda podtopiła niski brzeg, tworząc sporą zatokę z dość wolnym prądem, falującymi warkoczami roślin i niewysokimi trzcinkami, kończącą się krótką, przelaną ostrogą, również mocno zarośniętą. Miejsce to zaintrygowało mnie ze względu na fakt, iż w odstępach czasu, tuż przy brzegu powyżej ostrogi, gładka niemal powierzchnia wody znaczona była pojedynczymi kółkami. Może duże ukleje? Nie, najpewniej niewielkie klenie. Hmm A może Jazie? Przyglądałem się płynącej wodzie w zdumieniu. Moją uwagę przykuła również granatowa łątka, która przysiadła na wynurzonym spod wody liściu. W tej samej chwili liść zachwiał się, a owad zniknął w czeluściach, pozostawiając rozchodzące się, wodne kręgi. Zacząłem się mocniej pocić, pomimo, że robiło się późno a upał nieco zelżał. Zacząłem w pośpiechu rozkładać 4 metrową odległościówkę, dokładając do niej kołowrotek z czternastką i dowiązaną niedużą obrotówkę o numerze 00. Wydawało mi się, że najszybszą metodą będzie właśnie spinning.

Dotarcie do łowiska i przedarcie się przez pas roślin wymagało ode mnie wejścia do wody pod granicę woderów. Stałem kilkanaście metrów powyżej miejsca żerowania ryb i wykonałem długi rzut wzdłuż brzegu, nieco na skos z prądem. Przynętę zwijałem bardzo powoli, z namaszczeniem starałem się naśladować ruchy owada. Nagle, ślad skończył się gwałtownym załamaniem się płaskiej tafli, i w sekundę po tym moja wędka mocno wygięła się – czułem na ręku, że bierze spora ryba. Po krótkiej chwili wyciągnąłem z wody pięknego, grubego klenia, o wadze około 3,4 kg.

Drugi rzut również wykonałem w pobliskie miejsce pojawiania się niewielkich kółek wodnych. Ryby dalej w najlepsze oczkowały, ignorując moją błystkę – coś było nie tak, gdyż ani jednego brania przez kilkanaście minut. Zaprzestałem łowienia i znowu zacząłem bacznie przyglądać się pojawiającym się coraz częściej wodnym kręgom. Zaobserwowałem płynące odpadki jedzenia, które wyrzucane były przez bawiącą się nieopodal młodzież. Znajdowały się w nich m.in. ogryzki jabłek, skórki pomarańczy, papierki itp. Nagle kawałek skórki pomarańczy został wciągnięty pod wodę, po czym wypłynął z powrotem kilka metrów dalej. Nieco podniecony nietypową sytuacją przystąpiłem do przezbrojenia wędki na żyłkę z nawleczoną niedużą kulą wodną, która została zablokowana z dołu stoperem, zaś 1,5 metra niżej dowiązany został haczyk numer 12. Nauczony już obserwacją za przynętę użyłem „pasące” się w trawie koniki polne. Ale ryby znowu zignorowały moją przynętę. Musi coś zadziałać -pomyślałem i odruchowo wyjąłem z torby kanapkę z kurczakiem. Postanowiłem zabawić się we wczasowicza – brudaska i nabiłem na haczyk kawałek ów frykasa. Delikatnym rzutem umiejscowiłem zestaw w centralnym miejscu wodnych kręgów. Bingo! Zgodnie z intuicją moja przynęta zniknęła z powierzchni, i to tak agresywnie, że kula zrobiła półmetrowy skok po tafli wody. Duży, 2 kilogramowy kleń! Ciut później trzy następne podobnych rozmiarów. Nie miałem żadnych problemów z zacięciem ryby, pomimo że żyłka pomiędzy haczykiem a kulą wodną nie była zawsze napięta.

Po około godzinie brania się uspokoiły. Może wynikało to z donośnego ściągania przez środek łowiska zestawu ze skacząca kulą wodną – ale inaczej nie mogłem. Niestrudzony kilkoma niepowodzeniami, a wręcz rozbudzony nietypową sytuacją postanowiłem puszczać zestaw dalej, aż nad przelaną ostrogę. No i opłaciło się – kolejne dwa brania. Pierwszą zdobyczą był półkilowy jaź, który nie byłby zdziwieniem, gdybym łapał na owady. Druga ryba nie dawała się ruszyć nawet o centymetr. Żyłka napięta do granic wytrzymałości i spora odległość uniemożliwiały mi manewrowanie. Wreszcie bardzo powoli zacząłem podciągać rybę pod prąd . I tutaj-  powstrzymam się przed bluźnierstwami, ale w momencie gdy byłem już pewny wygranej ryba wykonała manewr który wytrącił mnie z równowagi. To był prawdopodobnie duży kleń, który swoim zwyczajem na długiej żyłce ciągnął w kierunku brzegu, wbijając się w kępę traw. Ponieważ na nic zdało się mocne napięcie żyłki, jak to w takich sytuacjach bywa – poluzowałem ją, licząc że ryba sama wyplącze się. Ehh, zamiast ryby wyciągnąłem pusty haczyk, ale to była dobra lekcja dla mnie. Klenie ( i to znakomicie!) nie tolerują błędów, więc co łatwo przewidzieć, moje brania tego dnia już się skończyły.

 

Dariusz Kamiński

Źródło zdjęcia: flickr.com

Odpowiedz na ten artykuł

Kontakt

Masz pytania? Wątpliwości? Propozycje współpracy? Napisz do nas - odpowiemy.

Sending

© Podbierak.pl, Serwis Wędkarski od 2004 roku.