Survival z dzieckiem

Survival z dzieckiem

Historia oparta na faktach

Lubię Demotywatory. Brzmi jak wyznanie grzechów, ale lubię je, a niektóre historyjki, mimo że sprawiają wrażenie totalnych podszywek i fake’ów, są po prostu cudowne. Szczególnie upodobałem sobie „Bycie twardym to cecha charakteru”. Jeden z rodziców wychowuje twardo córkę. Gdy oboje wracają z zakupów, 5-latka przewraca się i uderza w kaloryfer. Rodzic patrzy i czeka, co się stanie.

Mała wstaje, spina się, żeby nie zapłakać i mówi „Już grzeją”. Brzmi jak lekki epizod „Hanny”. Demota można spotkać w rożnych konfiguracjach. Mała uderza się w głowę, łokieć, kolano, brzuch. Rodzicem jest matka albo ojciec, czasem rozwiedziony, czasem wdowiec, itd. Historia żyje swoją opowieścią już samoistnie. Komentarze wywołują dyskusje, kłótnie, a nawet burze.

Będąc singlem i obserwując znajomych oraz przyjaciela (mam tylko jednego) zawsze im tę historyjkę opowiadałem. W większości przypadków wzbudzała uśmiech lub uśmieszek politowania, niekiedy obie rzeczy na raz. Nigdy nie staram się jednak pouczać rodziców, jak mają wychowywać własne dzieci. Krótko mówiąc, raz dostałem nauczkę odnośnie tego, żeby nie wtrącać się w nieswoje sprawy i tego się trzymam. No dobrze, ale jaki to ma związek z surwiwalem i dzieckiem?

A może by tak posurwiwalować w Bieszczadach, hę?

Kiedyś, będąc u znajomych podczas grilla, trwała dyskusja na temat spędzania wakacji. – Może wyjedźmy nad morze do Łeby. Może do hotelu w Tatrach. A może do czeskiej Pragi – padały propozycje? Jestem czasem staromodny i zaproponowałem biwak w Bieszczadach. Taki prawdziwy bez cywilizacyjnych udogodnień. Jedziemy, zostawiamy samochody, idziemy w góry i biwakujemy. Taka łagodna namiastka prawdziwego surwiwalu. O dziwo, spotkało się to z nadzwyczaj gorącym przyjęciem. U mnie oczywiście te entuzjastyczne reakcje wywołały uśmiech i uśmieszek politowania.

Muszę dodać, że Bieszczady są dla mnie szczególnie bliskie z kilku powodów. Jednym z nich jest to, że mając jakieś 7-8 lat zgubiłem się w nich. Wolę nie opowiadać dlaczego to się stało. Z perspektywy czasu powody były niezbyt mądre i zawiodło wiele kwestii i osób, a swoje dołożyły okoliczności. Stało się. I ten dzień, gdy to się wydarzyło, to była moja pierwsza lekcja przetrwania. Prawdziwy surwiwal z dzieckiem.

Przez jakieś 12 godzin byłem sam w bieszczadzkiej głuszy. Błąkałem się w lasach między Przysłupem a Roztokami Górnymi. Płakałem i wędrowałem, piłem wodę ze strumieni, jadłem jagody, byłem głodny. Pamiętam buki i „dywany” z liści. Wołałem o pomoc. Spałem nawet przy drodze, kiedy w końcu na nią natrafiłem.

Wreszcie znaleźli mnie harcerze. Potem się dowiedziałem, że szukali mnie wszyscy – Straż Przygraniczna, strażacy, policja, ochotnicy. Harcerze też. Innym powodem było to, że w Bieszczadach miałem miejsce, gdzie mogłem się zatrzymać. Korzystałem z tej możliwości bardzo często. Oczywiście, nie znam całych gór i wszystkich szlaków jak własne kieszenie. Niektóre rejony znam bardziej, a niektóre nawet lepiej niż miejscowi.

Survival z dzieckiem

Bieszczadzkim czerwonym szlakiem

Wracając do meritum. Wyjazd ze znajomymi to nie była zorganizowana akcja, które proponują „profesjonalne” firmy w stylu „tata i synek na łonie natury”, gdzie – bądź co bądź – określone warunki są kontrolowane, całe przedsięwzięcie zabezpieczone, a na wstępie trzeba kupić sporo nietaniego sprzętu. Trochę jak w tych wszystkich produkcjach o surwiwalu, którego współgospodarzami są byli wojskowi z Zielonych, Czerwonych, Granatowych Beretów.

Ale dlaczego nie różowych? Sam nie jestem specjalistą w sztuce przetrwania, jednak podczas podróży i wędrówek po bieszczadzkich szlakach nabrałem nieco doświadczenia. W zasadzie nie tyle przewidywałem, że podczas biwaku sprawy potoczą się w innych kierunkach niż byłoby to planowane, co wiedziałem o tym. Kilkukrotnie pytałem znajomych czy wiedzą co zabrać i jak się przygotować do takiego wyjazdu. W sumie 6 dorosłych, licząc ze mną i 5 dzieci w wieku 6-12 lat. Taki wyjazd wymaga planowania, przygotowania, przemyślenia.

Bo surwiwal z dzieckiem to nie jest tylko sztuka przetrwania w określonym miejscu i czasie. Surwiwal to stan umysłu i określone aspekty tego, jak radzić sobie w kryzysowych sytuacjach zawsze i wszędzie.

Plan był prosty. Wyjazd do Komańczy, dzień aklimatyzacji, przejście szlakiem czerwonym do Cisnej, a następnie powrót do Komańczy busem lub autobusem. Ten dystans – ok. 35 km – można przejść samemu lub we dwoje w 6-8 godzin, z czego co najmniej 2-3 godziny to podziwianie widoków, robienie zdjęć, obijanie się i zbijanie bąków. Ale w grupie i z małoletnimi dziećmi? To przedsięwzięcie na 2-3 dni z 2 noclegami. Znajomi, a właściwie mężowie, nie zdawali sobie absolutnie z tego sprawy, mimo że kilka razy próbowałem im to wyjaśnić. Byli przekonani, że wiedzą lepiej. Moje próby spełzły na niczym. Przegrałem.

W porządku, skoro tak, to lepiej zatroszczyć się o siebie, chociaż przyznam, że poczucie odpowiedzialności przeważyło. Surwiwal to także przewidywanie określonych sytuacji, a biorąc pod uwagę dzieci, trzeba być nastawionym, że należy przewidywać podwójnie. Pierwsze primo ultimo – trzeba myśleć za rodziców, drugie primo ultimo – trzeba brać pod uwagę dzieci.

Surwiwal z dziećmi to banał. Surwiwal z mężami to trauma

Nie będę opisywał wszystkich zdarzeń. Skupię się na jednym dniu. Nie oczekujcie odciętych palców, poparzeń, złamań, bo to się NIE wydarzyło. Ale mogło. Kilka przykładów o tym dlaczego na surwiwal z dzieckiem warto przygotować się w specjalny sposób. Chociaż może to niekoniecznie dzieci mogą stanowić problem.

Po wyjściu z Komańczy ledwo doszliśmy do Jeziorek Duszatyńskich. Pierwsze chwile na szlaku i łonie natury były naprawdę obiecujące. Dość powiedzieć, że dobrym prognostykiem było to, że żony były lepiej przygotowane od mężów. Lipcowa pogoda nie była może rewelacyjna, ale nie była też zniechęcająca.

Ba, można było nawet powiedzieć, że była optymalna, bo niebo było zachmurzone, ale nie padało i nic nie zapowiadało deszczu (ale w górach zawsze warto brać go pod uwagę i być na niego przygotowanym). Plecaki porządnie spakowane. Jedzenie, karimaty, śpiwory, namioty – to było przygotowane, więc można było podejść do kolejnych etapów optymistycznie. Chociaż może niekoniecznie. Plecaki mężczyzn były ponad 2 razy cięższe od mojego. Zawsze ważę plecak. Ciężki spowalnia i bardziej wyczerpuje.

Gdy umysł śpi, budzą się demony? Nie. Diabeł tkwi w szczegółach? Tak I nie tkwi, a chowa się. Do miejscowości Perłuki entuzjazm był ogromny, a chwile radości naprawdę bezcenne. Normalnie jak w reklamach Mastercard. Buty do chodzenia po górach? 300 zł. Woda mineralna? 10 zł. Aparat cyfrowy? 400 zł. Wspomnienia? Bezcenne. Wolność i swoboda? Za darmo.

survival z dzieckiem

Panowie się nie przygotowali…

Co okazało się słabym ogniem? Dzieci? Nie. Rodzice. Nie. Mężowie? Tak. Po prostu nie dali rady fizycznie. W sumie to był najmniejszy problem, ale liczyłem, że do jeziorek dotarcie będzie raczej łatwe. Panowie już nie dawali rady po wyjściu z Duszatyna.

Jeden z kolegów w dodatku zaczął narzekać, że but go obciera. I wiecie co? Nikt z nich nie wziął plastrów. Bear Grylls pewnie by użył taśmy klejącej z tlenkiem cynku, ale to minisurwiwal, a nie maxi. Z dziećmi i kobietami do lasu bez plastrów? Byłem na to przygotowany. Gdyby nie plaster, misio by nie doszedł do Chryszczatej, nie mówiąc już o tym, że w ogóle by pewnie przestał chodzić, gdyby odcisk się rozwinął. Ale doszliśmy.

Jeziorka Duszatyńskie to dobre miejsce, ale niekoniecznie na biwak. Bądź co bądź to rezerwat, więc lepiej podejść z 5-10 minut w kierunku Chryszczatej. Czas na nocleg. Niedaleko jest również Jezioro Bobrowe, ale trzeba odbić od szlaku i obejść stok.

Oczywiście, nie mogło obyć się bez incydentów. To takie flashbacki. Trzeba rozbić namioty, bo noc się zbliża, w lesie jest ciemniej i szybciej zapada zmrok. Co się przydaje? Latarka czołowa. Oczywiście panowie wzięli latarki, ale zwykłe. Czołówka pozwala widzieć 2-3 metry przed sobą i nie zajmuje rąk. Ale od czego są dzieci i żony?

Ognisko – niby prosta rzecz, a miejscowe yuppie odpadają w przedbiegach. Rozpalą, ale zawsze coś się przy tym wydarzy. Jeden z mężów się trochę obraził, gdy zasugerowałem, że jak mu się znudzi dmuchanie, to niech poprosi żonę o tampon. Naprawdę to jedna z najlepszych rzeczy do rozpalania ogniska, szczególnie w wilgotnym lesie. Dam sobie rękę uciąć, że Bear Grylls przyzna mi rację, bo to jego patent.

Trzeba było połamać gałęzie. Jedna z zasad surwiwalu brzmi – unikaj trójkąta śmierci, czyli nie używaj noża do obróbki czegoś, co się trzyma na kolanach. Naprawdę nie wiem, co kolega chciał zrobić scyzorykiem z tymi gałęziami. Możliwe, że on też nie. Oczywiście rozharatał sobie dłoń.

Woda utleniona to przydatna rzecz, bo nie trzeba marnować wódki. Naprawdę, nie powinno ważyć sobie lekce takich zranień. W czasach licealnych wybraliśmy się z kolegą do lasu. Zaliczył on upadek na betonowy bruk i starł sobie rękę. Wodę utlenioną zdobyliśmy 3 godziny później. Potem się okazało, że znajomy musiał się leczyć niemal miesiąc, bo wdało się zakażenie, a lekarze nawet zastanawiali się czy nie amputować ręki.

Zasady surwiwalu można wykorzystać wszędzie i zawsze

Wieczór w pobliżu wody oznacza jedno. Co? Komary. A te rypią na potęgę i nie można wejść do środka. Uprzedzałem, żeby wziąć porządną chemię przeciwko komarom. „Zapomniałam”. „Zostawiłam”. A gdybym był młotkowym, w fabryce z młotkiem szalał? To co byś powiedziała? Czy coś byś przeciw miała? Miałabyś, miała. Człowieku Myślący Omijaj Komplikacje! Tę zasadę Bear Grylls wbijałby nie tylko młotkiem, ale i nożem, liną, guedelą, epipenem, opaską uciskową, zapałkami, kompasem i kilkoma innymi rzeczami.

Czas na posiłek. Banał, ale co tam. Trzeba pokroić chleb. Nożem. Takim. Prawdziwym. Nie. Scyzorykiem. Naprawdę, nie jestem surwiwalowym ortodoksem, ale jak wyciągnąłem swój nóż, to kolegom zrzedła mina. Jedyna firmowa rzecz w nim to ostrze z pełnym trzpieniem. Rękojeść zrobiłem sam z poroża jelenia. Wygląda nazbyt szpanersko i robi zbyt wielkie wrażenie w takich zwykłych sytuacjach, lecz spełnia swoją rolę. A to przecież najważniejsze. Wygrałem.

Dzieci podczas surwiwalu zgodnie przyznają, że było ciepło

O dziwo, najlepiej z tego wszystkiego wypadały dzieci. Ale to głównie dlatego, że były diabelsko zmęczone. W zasadzie zasypiały, a po jedzeniu totalnie odleciały w krainę Orfeusza. Trudno znaleźć dobre dziecko do surwiwalu, ale jeszcze trudniej znaleźć dobrego ojca?

Koniec dnia pierwszego. Wszyscy przeżyli. Wygrałem. Co się działo następnego dnia? To długa opowieść, ale dość dodać, że obyło się bez złamań, odciętych palców i poparzeń. A ognisko grzało, że hej. Dzieci to potwierdzą.

2 komentarze
  1. kulka

    czyli da się i fajnie i bezpieczenie spędzić z dzieckiem czas zamiast oglądać bajki przed telewizorem 🙂

  2. Marcin O.p

    Bardzo ciekawa historia 🙂 Pozdrawiam

Odpowiedz na ten artykuł

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*

Kontakt

Masz pytania? Wątpliwości? Propozycje współpracy? Napisz do nas - odpowiemy.

Sending

© Podbierak.pl, Serwis Wędkarsko Turystyczny od 2004 roku.

Przejdź do paska narzędzi